Tech & Life

Being good in business is the most fascinating kind of art. Making money is art and working is art and good business is the best art. – Andy Warhol

O

Otwarte umysły w hidżabach

O

Dopiero co wysiadłam z samolotu, który przyleciał z Tel Awiwu, i wciąż czuję na sobie bliskowschodni kurz. Wpadam nieco spóźniona na spotkanie z dwoma poważnymi polskimi inwestorami w restauracji luksusowego warszawskiego hotelu. Dysponują kapitałem wysokiego ryzyka (venture capital). Inwestują pieniądze, często bardzo duże, w nowatorskie projekty. Liczą, że któryś z nich chwyci, a oni będą liczyć gigantyczne zyski.

Obu panom oczy zaświeciły się, gdy opowiadam o tym, że w Singapurze innowacje dotuje rząd. Próbuję podtrzymać ich zainteresowanie. Mówię, że ceny drukarek 3D spadły poniżej stu dolarów, wkrótce ludzkiej wyobraźni nie będzie hamował opór materii. – No tak – przerywa zniecierpliwiony jeden z panów – to piękne teorie, tylko gdzie tu u nas zrobić z tego biznes?

Kilka dni wcześniej o drukarkach 3D rozmawiałam ze znajomym przedsiębiorcą z branży tech ze Strefy Gazy. Konstruuje taką własną drukarkę.

***

Choć Strefa Gazy jest oddalona od lotniska w Tel Awiwie o ledwie 45 minut jazdy taksówką, nie jest łatwo do niej wjechać. Ten malutki skrawek ziemi od 1994 r. odgrodzony jest od reszty świata murem z betonu, podobnym do tego, jaki dzielił Berlin Wschodni od Zachodniego przed 1989 r., tylko sporo wyższym.Od 2007 r., kiedy w Gazie władzę przejął Hamas, uznawany przez Unię Europejską i USA za organizację terrorystyczną, można tu wjechać w zasadzie wyłącznie w charakterze członka organizacji charytatywnej oficjalnie działającej na terenie Strefy, i to po uzyskaniu trzech różnych pozwoleń: od izraelskiej armii, od rządu Autonomii Palestyńskiej Fatahu i od samego Hamasu.

Samo przejście różni się od innych biegnącą przez strefę buforową prawie dwukilometrową drogą, która łączy izraelski punkt graniczny z punktem Fatahu; trzeba ją pokonać na piechotę. Droga otoczona jest z każdej strony, łącznie z dachem, kratami, tworzy więc rodzaj tunelu-klatki. W ostatnim roku już kilkakrotnie, wyposażona w stosowne pozwolenia i plecak z laptopem, przekraczałam tę dziwną granicę. Na spotkanie z warszawskimi inwestorami weszłam w zasadzie wprost z tego właśnie tunelu.

Gdy jechałam do Gazy po raz pierwszy, myślałam, że w końcu zobaczę prawdziwego terrorystę. Wyobrażałam sobie, że po ulicach biegać będą ubrani na czarno mężczyźni z zasłoniętymi twarzami i wymachując bronią maszynową, pokrzykiwać będą o zabijaniu w imię Allaha.

Jako wyemancypowana kobieta biznesu czułam też potrzebę wsparcia tamtejszych kobiet, które, jak sądziłam, zakryte będą od stóp do głów rozmaitymi rodzajami muzułmańskich strojów i, niewątpliwie rządzone prawami szariatu, będą skupione na rodzeniu dzieci i usługiwaniu okrutnym mężom.

Organizacja Mercy Corps, z której ramienia tam jechałam, przekonywała mnie, że udaję się do Gazy jako mentorka lokalnych przedsiębiorców. Przygotowywałam się na mozolne coachowanie zmęczonych życiem panów w arafatkach sprzedających na ulicy jabłka z przyczepki.

Pierwsze zdziwienie spotkało mnie tuż po przejściu granicy, gdzie płynną angielszczyzną powitała mnie uśmiechnięta od ucha do ucha 30–latka w hipsterskich okularach i nonszalanckim berecie. Mai jest urodzoną Gazanką i w prowadzonym przez Mercy Corps inkubatorze start–upów Gaza Sky Geeks zajmuje się programem szerzenia przedsiębiorczości wśród kobiet, a także organizacją warsztatów i branżowych spotkań oraz sprowadzaniem do Gazy mentorów z całego świata. Poza Mai jako lokalny zespół prowadzący Gaza Sky Geeks przedstawili mi się jeszcze młodzi mężczyźni: Said, Moamin i Hani, wszyscy, ku mojemu rozczarowaniu, w kolorowych T-shirtach, dżinsach i trampkach.

Mai bez zahamowań beszta chłopaków z zespołu, jeśli trzeba, od czasu do czasu poprawiając beret, gdy przez przypadek odkryje on trochę za dużo włosów. – To, czy dziewczyna nosi nakrycie głowy, zależy od niej samej i od jej rodziny – tłumaczy. – Niektóre noszą bardziej tradycyjne chusty, hidżab, ale zazwyczaj kolorowe albo ze śmiesznymi nadrukami, inne – zwykłe czapki, a jeszcze inne w ogóle nie przykrywają głów. To trochę tak jak noszenie minispódniczek w Europie. Niektóre dziewczyny ubierają się odważnie, a inne czują się niezręcznie, gdy na ulicy oglądają się za nimi mężczyźni, albo po prostu nie chcą słuchać narzekań konserwatywnych rodziców.

Zaraz po spotkaniu z Mai przedstawia mi się Wafaa. Ma 23 lata i jest na piątym roku inżynierii komputerowej na gazańskim odpowiedniku politechniki. W swoim start-upie InTo buduje technologię umożliwiającą automatyczną synchronizację kalendarzy, a szczególnie organizowanie czasu wolnego. Ma już pięciu członków zespołu, programistów i grafików.

– Ile dziewczyn z tobą studiuje? – pytam ją zaciekawiona, bo sama studiowałam inżynierię komputerową na Politechnice Warszawskiej. – Połowa to dziewczyny – odpowiada. – Dziewczyn jest w branży coraz więcej, bo zachęcają je rodziny i wiele organizacji działających w Gazie.

Patrzę z niedowierzaniem na tę piękną dziewczynę, która ma paznokcie pomalowane na neonowy róż. Przecież jestem w Strefie Gazy, w muzułmańskim zakątku świata. A tu młoda pani inżynier prowadzi innowacyjny projekt technologiczny i twierdzi, że w tej części świata wcale nie jest wyjątkiem.

Wspominam moją Polibudę. Na stu chłopaków na wydziale były trzy dziewczyny. W mojej branży znam zaledwie kilka Polek. A teraz czytam, że polski rząd chce dawać 500 zł za dziecko, aby zachęcić Polki do prokreacji.

***

Wafaa prowadzi mnie do salki, gdzie mam zacząć warsztaty. Już wiem, że żadnych panów z przyczepką z jabłkami nie będzie. Na sali jest bardzo dużo kobiet, ale też mężczyźni w różnym wieku. W sumie jakieś 150 osób. Jeden zespół buduje globalny co-working, coś w rodzaju portalu wynajmu lokum AirBnB, ale dla przestrzeni biurowej. Inny kopiuje amerykański serwis rozrywkowy 9GAG na rynek arabski. Jeszcze inny tworzy wyszukiwarkę restauracji oferujących jedzenie halal połączoną z panarabską siecią społecznościową. Jest też trochę popularnego obecnie hardware’u, np. jeden zespół buduje baterię do telefonu, która ładuje się podczas chodzenia; jest też edukacyjna piłka nożna z wbudowanym żyroskopem i analizą lotu oraz parę start-upów tworzących gry mobilne.

– Na jakich rynkach zamierzacie wypuścić wasz projekt? – pytam. – Docelowo na całym świecie, ale na początek interesuje nas rynek arabskojęzyczny. Tu możemy konkurować z przedsiębiorcami z Doliny Krzemowej, bo znamy lepiej język i kulturę, a to jest rynek liczący 300 mln ludzi, czyli wielkością porównywalny z USA, chociaż siła nabywcza jest zapewne mniejsza – odpowiadają przedsiębiorcy.

– A nie chcecie zrobić czegoś lokalnego, z czego Gaza będzie mogła być dumna? – No jasne – odpowiadają – ale nie możemy przecież ograniczać się do Gazy. Ze względu na strukturę internetu sukces w branży technologicznej można odnieść tylko wtedy, gdy myśli się i działa globalnie.

Uczestnicy warsztatów dużo pytają o to, jak się zdobywa inwestorów po drugiej stronie gazańskiego muru. Gazanie nie mogą opuszczać Strefy bez trudnych do zdobycia pozwoleń. Czasami odwiedzają Gazę zagraniczni inwestorzy, jak Dave McClure, założyciel funduszu 500 Startups z Doliny Krzemowej. Ale na co dzień pozostają im maile i Skype.

Dodatkową trudnością jest też to, że międzynarodowe firmy chcą być pewne, że inwestując w gazański start-up, nie wspierają pośrednio terroryzmu. Gazanie na siedziby firm wybierają więc Jordanię lub Zachodni Brzeg albo korzystają z pomocy organizacji charytatywnych działających w Gazie, jak amerykański Mercy Corps i inkubator Gaza Sky Geeks, które pośredniczą w relacjach z inwestorami.

Mimo tych trudności w niektóre start-upy zainwestowano nawet sześciocyfrowe sumy dolarów. Pieniądze często pochodzą z innych krajów arabskich, ale też z Europy. Pewien prowadzony przez kobietę start-up ma inwestora z Czech. Od Gazan nie stroni też izraelska scena technologiczna – jeden z najpoważniejszych inwestorów w Tel Awiwie, Aleph VC, otwarcie popiera działania gazańskiego inkubatora i szuka tu miejsca do inwestycji.

Przyglądam się uśmiechniętym, kolorowym ludziom w sali, podziwiam ich motywację. Nie widzę prawie żadnej różnicy między nimi a przedsiębiorcami ze znanych mi środowisk branży technologicznej w Berlinie, Tel Awiwie i Dolinie Krzemowej. Podobna jest mentalność, otwartość na nowości i szalona ambicja. Podobnemu postrzeganiu rzeczywistości towarzyszy wrażenie, że świat jest mały i raczej przyjazny. Podobne są też drobne rzeczy. Wszyscy czytamy TechCrunch i Wired, mówimy tym samym branżowym żargonem, mamy to samo poczucie humoru. Choć muzułmańskie dziewczyny często przykrywają włosy, łączy nas ta sama hipsterska moda – kolorowe trampki, dżinsy i T-shirty z nadrukami.

W tej generalnie pozytywnej atmosferze nie da się jednak zapomnieć o sytuacji Gazy. Czuje się ją w słonawej wodzie płynącej z kranu, która jest tak zanieczyszczona, że nie nadaje się nawet do mycia zębów. I w powietrzu cuchnącym spalinami z generatorów prądu, niezbędnych dlatego, że elektryczność dostarczana jest tu tylko sześć godzin na dobę. Oraz patrząc na widoczne tu i ówdzie na ulicach plakaty propagandowe Hamasu.

Jest ich kilka rodzajów: są np. takie, które wychwalają bohaterów cierpiących w walce o ojczyznę. Albo takie, które przestrzegają przed wrogiem narodu, którym zazwyczaj są po prostu Żydzi lub Izrael. Lub takie, które otwarcie nawołują do walki o niezawisłość Gazy, używanie rakiet i bomb. Wszystkie łączy kiczowata szata graficzna podobna do tej, jaką znamy z czasów komunizmu. Młodzi reagują na nie mniej więcej z takim entuzjazmem jak my przed 1989 r. na hasła o poświęceniu Armii Radzieckiej stojącej na straży polskiego szczęścia.

***
Dzięki wrodzonej przekorze pokonuję stupor wywołany postawą warszawskich inwestorów, którzy zachowują się tak, jakby nowatorskie projekty były wątpliwym wymysłem, a nie szansą na biznes.

– A może panów zainteresuje inwestycja w start-up, który produkuje drukarki 3D? Znam jeden, genialni inżynierowie, wczesna faza, siedzą jeszcze w garażu, jak Steve Jobs, gdy budował pierwszy komputer Apple.

Panowie ożywiają się troszeczkę na znajomą paralelę. – W Polsce? – pyta jeden z nich. – Nie, na Bliskim Wschodzie, a dokładniej w Strefie Gazy.

– No nieźle, pewnie będą sobie drukować bomby dla terrorystów samobójców – żartuje jeden z nich, na co luksusową restaurację wypełnia rubaszny śmiech. Śmieję się razem z nimi, ale z innego powodu. Żegnam się grzecznie, z myślą, że obu panom niezbędnie trzeba dawki syryjskich uchodźców. I że muzułmańska przedsiębiorczość w hidżabie bardziej przekonuje niż swojskie “internety” w ich wydaniu.

Facebook Comments

About me

Zoe Adamovicz is the CEO and co-founder at Neufund. A serial entrepreneur and investor, passionate about building technology businesses that are impactful, positive and at the same time profitable and powerful.

Things I care about